Ja jednak wybrałem inną drogę. Tę samą, którą kiedyś, kiedyś odwoziłem z miasta do Nałęczowa chorego ojca. Jechaliśmy wtedy wynajętą dorożką, bardzo powoli; piasek przesypywał się przez szprychy kół. Było lato — upał. Czasy wojenne. Pamiętam, że koło Tomaszowic chory zasłabł i odpoczywaliśmy pod starymi, rozłożystymi lipami. Ojciec dojechał do Nałęczowa i tam już pozostał — na cmentarzu.
Jadę więc przez te same Tomaszowice, ale piasku na drodze już nie ma, jest twardy asfalt. Tylko lipy stoją — te same. Nawet może wyglądają młodziej. Przykryte są jasnożółtymi liśćmi.
Lubię tę jazdę i drogę. Jakoś tak bezpośrednio i miękko wsiąka się w krajobraz. Przed Nałęczowem mijamy długą wieś — Bochotnicę. Są dwie Bochotnicę i to blisko siebie. Jedna wprowadza do Nałęczowa, a druga do Kazimierza. Nie mogłem ustalić etymologii tej nazwy, gdyż nawet niezawodny Brückner powiada Bochotnica — nieznanego znaczenia — i nie wiem, z jakiej racji ochrzczono jednakowo te dwie duże wsie.
Wjazd do Nałęczowa jest nastrojowy. Długie szpalery starych rozłożystych lip po obu stronach, których właściwym przedłużeniem jest park. Niegdyś takie aleje i parki były codziennymi akcesoriami poezji. Za czasów Młodej Polski w mnóstwie wierszy pokutowały te przepaściste aleje, mroczne i zapomniane zakątki starych parków i tym podobne rekwizyty.
Nic więc dziwnego, że taki właśnie Nałęczów upodobał sobie szczególnie Stefan Żeromski. Bo nie to jest ważne, że tam przypadkowo przez pewien czas mieszkał, lecz że pejzażem nałęczowskim i jego specyfiką nasycił wiele ze swych głośnych powieści. Aleje nałęczowskie szumią jak drzewa w Grudnie. „Lecz przede wszystkim była potęga w ich szeleście”.